Ostatnio na http://rokwchinach.info:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chiny ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chiny ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Kawa czy herbata? Co za pytanie!


Herbata to jedna z kilku wielkich miłosci mego życia. Ludzi da się sklasyfikować na tysiąc i jeden sposobów, tak więc obok “skowronków i sów” czy “kociarzy i psiarzy”, istnieją też frakcje “herbaciarzy i kawoszów”. Z menu “kawa czy herbata” osobiscie bez wahania wybiorę herbatę! Mimo, iż uwielbiam zapach kawy…

Według jednej z legend herbata zaistniała w swiadomosci i życiu człowieka z powodów... poniekąd religijnych. A żeby być scisłym – nie tyle zaistniała w swiadomosci, co w ogóle po prostu zaistniała...

Działo się to w V wieku naszej ery. Jedwabnym Szlakiem (lub drogą morską z południowych Indii, przez Sumatrę, Malezję, Tajlandię i Wietnam – różne źródła podają różne wersje) przybył wówczas do Chin buddyjski mnich i misjonarz Boddhidharma (chiński uproszczony:菩提达摩, Puti Damo), z pochodzenia Pers (lub Hindus), opisywany przez chińskie teksty jako „niebieskooki barbarzyńca” o bujnej brodzie i gwałtownym charakterze. Miłosnikom dalekowschodnich sztuk walki oraz buddyzmu nie jest to postać obca: Boddhidharma jest bowiem patronem kung fu (według legendy to własnie on wprowadził do klasztoru Shaolin trening fizyczny – późniejsze kung fu), jak również przyniósł do Chin buddyzm zen (禅, chan).


Obcokrajowcowi niełatwo jest podbić umysły Chińczyków – tak było kiedys i tak jest nadal. Każdy z nas może się o tym przekonać na własnej skórze – wystarczy wsiąsć do pociągu, autobusu, autostopa czy samolotu byle jakiego i przyjechać do Kraju Środka. Boddhidharma nie miał łatwego zadania, próbując przekazać Chińczykom nauki zen. Nie rozumiano i odrzucano to, o czym mówił. Boddhidharma najpierw podróżował po Chinach, starając się znaleźć zwolenników głoszonych przez siebie nauk, aż w końcu zatrzymał się w pobliżu klasztoru Shaolin i w jednej z okolicznych jaskiń rozpoczął 9-letnią ascezę.

Przez 9 lat praktykował nieustannie siedzącą medytację zazen (禅宗默念功法, chanzong monian gongfa), nie rozmawiał z nikim i był bardzo rygorystyczny w swojej praktyce. W siódmym roku ascezy zdarzyło mu się podczas medytacji zasnąć. Gdy się obudził, bardzo się z tego powodu na siebie rozgniewał i aby w przyszłosci już do czegos takiego nie doszło – odciął sobie powieki. Powieki rzucił na ziemię i... to własnie z nich wyrósł pierwszy na swiecie krzew herbaty. Od tej pory praktycy zen zaczęli pić napar herbaciany, który – jak wiadomo – ma działanie pobudzające i utrudnia zasypianie. Herbata stała się więc pomocą w niełatwej – wymagającej nieraz długich okresów siedzenia w medytacji – praktyce dyscypliny duchowej, jaką jest zen.

Tyle legenda.

W Polsce najbardziej znane są herbaty tzw. czarne (fermentowane), głównie indyjskie i angielskie. Często pijemy je z cukrem, z cytryną, czasem – na modłę brytyjską – z mlekiem (tzw. bawarki). Od parunastu lat coraz smielej wkradają się do polskich filiżanek również herbaty zielone (niefermentowane), herbaty pu-erh oraz herbaty półfermentowane (tzw. ulung, oolong).


Warto wspomnieć, że w Europie pierwsze obszerniejsze informacje na temat herbaty pojawiły się za sprawą naszego rodaka, Michała Boyma – żyjącego w XVII wieku misjonarza-jezuity, podróżnika, przyrodnika i orientalisty:

Krzew, z którego liści przygotowany jest słynny w całych Chinach napój, nazywany jest Cia. Zbierają liście na wzgórzach, suszą je na małym ogniu na żelaznych siatkach i zalewają wrzącą wodą, przez co jest zielony lub żółty. Zwykle rozkoszują się pijąc go w stanie gorzkim. Dodając do niego słodyczy, często częstują nim gości. Japończycy mieszają proszek z liści z wodą i piją. Jednostka wagi najlepszej herbaty kosztuje często bardzo drogo. Orzeźwia przy upałach, zapobiega tworzeniu się kamieni i senności. (Rękopis zatytułowany: “Rerum Sinensium Compendiosa Descriptio”).

Rodzajów herbaty i sposobów przygotowania jej do spożycia jest wiele. W południowo-wschodniej chińskiej prowincji Fujian, w której od dłuższego czasu mieszkam, niekwestionowaną królową herbat jest jeden z najlepszych ulungów – herbata Tie Guanyin (铁观音, znana także jako Ti Kuan Yin). Własciwie powinienem powiedzieć, że jest to „niekwestionowana boddhisattwa herbat”, gdyż jej nazwa oznacza dosłownie „Żelazną boddhisattwę – czyli buddyjską „swiętą” – o imieniu Guanyin”.

Dlaczego buddyjska „swięta” i dlaczego „żelazna”? Legenda wyjasnia to następująco:

Dawno, dawno temu w jednej z podupadłych swiątyń buddyjskich w gminie Anxi stał wykonany z żelaza posąg boddhisattwy współczucia Guanyin. Pewien ubogi wiesniak – nazywał się Wei – przechodził codzień koło swiątyni w drodze na swoje pole herbaty. Martwiło go, że swiątynia niszczeje, ale nie miał pieniędzy, żeby ją odnowić. Jednak zamiast bezproduktywnie się dręczyć i narzekać, postanowił zrobić to, co – mimo swego ubóstwa – był w stanie zrobić: przyniósł z domu miotłę i kadzidełka, i zaczął regularnie sprzątać swiątynię i palić kadzidła przed posągiem Guanyin. Którejs nocy boddhisattwa objawiła mu się we snie. Powiedziała, że w pobliżu swiątyni jest jaskinia, w której znajduje się skarb. „Odszukaj tę jasknię, a skarbem, który tam znajdziesz, podziel się z innymi” – rzekła Guanyin. I tak się stało. Wiesniak znalazł jaskinię, a w niej – pojedynczy kiełek herbaty. Wei wyhodował z niego piękny krzew, rozmnożył go, po czym obdarował sadzonkami wszystkich sąsiadów. Herbata z tych krzewów okazała się tak dobra, że zarówno Wei, jak i jego sąsiedzi, nie mogli się wręcz opędzić się klientów i szybko stali się bogaci. Herbatę nazwano Żelazną Guanyin w podzięce dla boddhisattwy za jej cudowną pomoc. A swiątynia została oczywiscie odnowiona, bo teraz pieniądze nie stanowiły już żadnego problemu...

Nie mogłem nie wybrać się do stolicy herbaty Tie Guanyin – fujiańskiej gminy Anxi. Wiosną 2009 roku pojechałem na tamtejsze plantacje z dwójką moich filipińskich przyjaciół. To własnie z Anxi pochodzą najlepsze z najlepszych pododmiany Tie Guanyin. Uwielbiam herbatę, więc chciałem zobaczyć na własne oczy, jak ona powstaje, od podstaw, a także poznać ludzi, dzięki którym możemy się nią delektować w długie zimowe wieczory. Podróżuję niskobudżetowo, a komfort jest mi pojęciem raczej obcym. W klimatyzowanych autokarach czuję się klaustrofobicznie. Poza tym takie autokary na plantacje herbaty nawet nie jeżdżą... Naszą bazą wypadową było nadmorskie, położone na wyspie, miasto Xiamen. Plan był prosty: udać się na dworzec chińskiego PKS-u w Xiamenie, kupić bilety do miejscowosci Anxi, a tam – rozpytać ludzi, jak dotrzeć do jakichs plantacji. Po dotarciu do Anxi przechodnie poradzili nam podjechać innym PKS-em do pobliskiej miejscowosci Jinguzhen, po czym złapać motocyklową „taksówkę”, która... wywiezie nas w pole – herbaciane oczywiscie! Tak też zrobilismy. Wszyscy mówimy po chińsku, więc z dotarciem tam, dokąd chcielismy, nie było większych problemów.

Na plantacji, na którą trafilismy – poza robieniem zdjęć – zaczęlismy po prostu zagadywać pracujących tam ludzi. Okazało się, że to nie takie proste. O ile w miastach nie ma problemu z porozumieniem się w języku ogólnochińskim (tzw. putonghua), o tyle na prowincji – owszem. Zwłaszcza srednie i starsze pokolenie poza miejscowym dialektem, nie zna żadnego innego, w tym – ogólnochińskiego. Panie zbierające liscie herbaty usmiechały się więc tylko stropione... Na szczęscie dla nas, w któryms momencie na plantację przyszedł sam jej własciciel – odetchęlismy z ulgą, bo znał putonghua bardzo dobrze. Chętnie oprowadził nas po swoich włosciach, pokazał nie tylko pola, ale i suszarnię herbaty, a potem zaprosił do swego domu na „pao cha”, czyli tradycyjną południowo-chińską ceremonię parzenia herbaty – znaną też na Zachodzie jako „gong fu cha”.

Nie po raz pierwszy uczestniczyłem w takim parzeniu i piciu herbaty. W końcu nie od dziś jestem w prowincji Fujian. Zwyczaj jest typowo południowy. Na północy Chin herbatę pije się z takich samych (rozmiarowo) kubków jak nasze; różnica jest taka, że chińskie kubki mają obowiązkowo przykrywki, co pomaga dłużej utrzymać temperaturę napoju. Na południu – a przynajmniej w prowincji Fujian – herbatę pije się z malutkich czarek (najlepsze czarki wykonane są z glinki yixing, bez dodatkowej glazury), parzy na bieżąco, zalewając liście na sitku spoczywającym na czajniczku, następnie przelewając napar do większej czarki, a stamtąd – do czarek poszczególnych osób. Przed parzeniem wszystkie utensylia płucze się w gorącej wodzie lub herbacie, trzymając je metalowymi szczypcami, a niepotrzebny płyn wylewa się na specjalną tackę z odpływem, na której zresztą odbywa się cały proces przygotowania napoju. Liście herbaty zalewa się kilkakrotnie, wcale nie z biedy, tylko dlatego, że najlepszy napar pochodzi – według znawców – z drugiego i trzeciego parzenia, a zupełnie dobre jeszcze z kolejnych trzech. Pierwszego naparu w ogóle się nie pije – wylewa się go, służy on po prostu ogrzaniu filiżanek i oczyszczeniu listków herbaty z ewentualnych zanieczyszczeń.


Gawędziliśmy i popijaliśmy herbatę, dotykając stołu opuszkami dwóch palców – za każdym razem, gdy gospodarz dolewał nam wywaru – w geście podziękowania. Taki sposób mówienia „dziękuję” jest również charakterystyczny dla południa Chin. A wywodzi się z dawnych czasów, kiedy to pewien cesarz – podróżując incognito – przeprowadzał inspekcję państwa. Jeździł ze służącym, aczkolwiek po ich strojach i zachowaniu nikt by się nie domyślił, że to władca i sługa. Któregoś razu, gdy byli w towarzystwie przypadkowo napotkanych osób, cesarz poczęstował wszystkich herbatą – także swego sługę, bo gdyby go pominął, wyglądałoby to podejrzanie. Sługa oniemiał i już chciał paść przed władcą na twarz, ale uświadomił sobie, że to by ich zdradziło. Aby jakoś dyskretnie podziękować cesarzowi za taki zaszczyt, dotknął stołu palcami… I tak narodził się zwyczaj.

Droga herbat ulung z krzewu do filiżanki wiedzie przez następujące etapy:

1.po zerwaniu lisci, rozkłada się je do częsciowego więdnięcia na słońcu lub wietrze,

2.następnie przenosi się je w cień i chłodzi,

3.delikatnie podrzuca się listki, żeby wykruszyć ich krawędzie,

4.chłodzenie i podrzucanie powtarzane jest wielokrotnie,

5.następnie listki są podpiekane w dużym garnku,

6.zwija się je na kształt nitek lub formuje się z nich bryłki,

7.potem listki są prażone w niskiej temperaturze,

8.a na koniec herbata jest oceniana i pakowana.

W prowincji Fujian herbatę Tie Guanyin pije każdy i w niemal każdych okolicznosciach. Ludzie uwielbiają usiąsć sobie razem – w domu, na podwórku, czy w herbaciarni – by w przyjacielskim lub rodzinnym gronie „pozalewać herbatkę” (pao cha) i pogawędzić. Tu nie wpada się do znajomych „na kawkę” – tu wpada się na wspólne „zalewanie herbatki”. Zwłaszcza, że poza walorami smakowymi, herbata Tie Guanyin – co do czego nikt tutaj nie ma najmniejszych wątpliwosci – ma również duże walory zdrowotne: ułatwia odchudzanie, poprawia trawienie, chroni serce, wzmacnia system immunologiczny, spowalnia procesy starzenia się skóry... a wszystko to dzięki znacznej zawartosci takich organicznych związków chemicznych jak polifenol i katechina. A więc – na zdrowie! Byle nie tuż przed snem...

Więcej zdjęć z plantacji w Anxi:

Herbata, Anxi, prow. Fujian

Zdjęcia i tekst © rokwchinach

wtorek, 12 czerwca 2012

Połam łóżko i wróć.

Tradycja umierania, o której wspomniałem w poprzednim poście, jest bardzo lokalna. Znajomy, który mi o niej opowiedział, był wstrząśnięty i stwierdził, że to okrutny obyczaj. Mówię o jego reakcji, bo obawiam się popularnych u nas generalizacji w duchu "Chińczycy są BE". Więc żeby nie było nieporozumień: mowa o jednym powiecie, a nie o całym kraju.


Do rzeczy. Osobę, która wydaje się być już "jedną nogą na tamtym świecie", rodzina przenosi do specjalnego domu, znajdującego się przy rodzinnej świątynce poświęconej przodkom, by właśnie tam wydała ostatnie tchnienie. Zaproszeni mnisi buddyjscy czuwają i modlą się przy łożu śmierci aż do końca. Tymczasem w sąsiednim pokoju rodzina wyprawia przyjęcie, przedśmiertną "stypę". Uczestniczą w tym przyjęciu wszyscy krewni, a także - przynajmniej czasem? tak było w każdym razie w przypadku mego znajomego - ich przyjaciele czy znajomi. Jedzą, piją, grają w karty, nie przypomina to właściwie stypy, ale zwykłą "balangę".


Mój komentarz religioznawcy: umierający może się w ten sposób duchowo przygotować - choćby ćwierćprzytomnie - do drogi, jaka go czeka: słyszy dobiegające zza ściany odgłosy imprezy, życia, ale słyszy też mantrujących nad nim mnichów... Czuje, że jest pomiędzy światami: już nie przynależy do świata żywych, niedługo wkroczy do świata zmarłych...


A co, jeśli umierający znienacka ozdrowieje? - zapytałem. Póki akt zgonu niepodstemplowany, wszystko się może zdarzyć!


I się czasem zdarza... "Umierający" musi wtedy wstać z łoża śmierci, połamać je i wrócić do swego domu. Wszystko to o własnych siłach, nikt nie powinien mu w tym pomagać. Jeśli tego dokona, wrócił do świata żywych. Jeśli nie, jeśli np. wstał, ale łoża nie połamał, krewni kładą go w nie z powrotem: egzamin na żywego oblany, wracaj na swoje miejsce! I impreza oraz mnisie modły trwają nadal.


Okrutne jest w tym to, że od momentu znalezienia się na łożu śmierci - aż do ewentualnego samodzielnego powrotu do domu, co zdarza się bardzo rzadko, bo do domu umierania zabiera się osoby faktycznie stojące nad grobem - nie je się i nie pije. Mimo imprezy za ścianą, umierającego się nie karmi i nie poi.


Matka szefa mojego znajomego umierała miesiąc. Impreza trwała miesiąc, dzień w dzień. Znajomy był zdumiony, jak spokojny i równy był jej oddech...

Miesiąc bez jedzenia i wody... "Myślę, że zmarła z głodu"...